Dobra robota

Dobra robota to zwrot o wielkiej mocy. To dwa słowa, które mogą zrobić komuś dzień. Pięć sylab, których podświadomie wyczekuje właściwie każdy, kto nie spędza całych dni na dłubaniu w nosie.

Dobra robota jest trochę jak dodatkowe zero w przelewie przychodzącym. A klienci, którzy ten zwrot znają to mój ulubiony sort zleceniodawców.

I mimo całej zajebistości tego zwrotu, wszyscy używamy Dobrej roboty zdecydowanie za rzadko. A okazji każdy z nas ma przecież co najmniej kilka każdego dnia. Może czas to zmienić?

Powiedz dziś komuś „Dobra robota” i obserwuj jak na twarzy odbiorcy maluje się szczery uśmiech. Tak właśnie wygląda człowiek ze zrobionym dniem…

Newsletter

Hej, zostaw mi swojego maila. W każdy poniedziałek wyślę Ci podsumowanie wpisów z poprzedniego tygodnia, co Ty na to?

Cel, głupcze!

Postanowiłem kontynuować przemyślenia z wczorajszego wpisu o bełkocie coachingowych guru i wyznaczaniu celów…

Mówi się, że to właśnie podróż ma być nagrodą samą w sobie. Jasne. Nikt nie mówi, że podróż nie powinna być przyjemnością. Ale przyznacie, że podróż bez celu to raczej tułaczka. A życie bez celu jest jakieś takie… bezcelowe.

Kiedy ostatnio zastanawiałeś się, kim chciałbyś być za rok? Jak chciałbyś wyglądać? Gdzie pracować? Z kim żyć? Gdzie mieszkać za lat 10? Ile małych brzdąców miałoby biegać po Twoim domu? Ile powinno wynosić Twoje saldo w banku na koniec przyszłego kwartału? Kiedy pęknie ten pierwszy milion? Jakim samochodem chciałbyś jeździć i ile chciałbyś znać języków?

Czytaj dalej

Beka z coachów

No pewnie, że nie wystarczy intensywnie myśleć o sukcesie. Jasne, że nie wystarczy uwierzyć w siebie. Oczywiście, że nie wystarczy się otworzyć na możliwości.

Oprócz tego, należy przede wszystkim zapierdalać dłużej i ciężej albo przynajmniej mądrzej niż większość ludzi wokół. Ale nawet w tym NLP-owskim bełkocie panów o nieskazitelnych, śnieżno-białych uśmiechach można znaleźć wcale niegłupie wskazówki.

Choćby takie proste wyznaczanie sobie celów. Coś, co usłyszycie na większości tego typu „szkoleń”. I jednocześnie coś co 99% ludzkości nie przeszło nawet przez myśl. Coś bez czego ciężko w ogóle ruszyć z miejsca. I nie mówię tu o taskach „wyrzuć śmieci w środę”.

Ale po co to komu? Beka z coachów jest… wygodniejsza.

Zrobiłbym to lepiej

Na pewno znacie to uczucie. Ktoś podesyła Wam link do filmu na YouTube. Ten ma ponad 500 tysięcy wyświetleń. Jakim cudem? Przecież jakość zarówno video jak i audio leży zupełnie. A i sama treść nie powala. Skąd te pół miliona?

Inny przykład. Mierne zdjęcia, które absolutnie podbijają Instagrama i Facebooka. Zdobywają setki tysięcy lajków i udostępnień. Słabo doświetlone, rozmazane, zaszumione snapshoty. Dlaczego?

Albo wpis na jakimś blogu napisany łamanym językiem o bliżej nieokreślonym przesłaniu. A pod nim zachwyty komentujących których znów, nie wiedzieć czemu, są całe setki.

W takich sytuacjach część z nas po cichu myśli sobie „Zrobiłbym to lepiej.” I nigdy nawet nie próbuje.

Stąd właśnie te 500 tysięcy wyświetleń, setki lajków, udostępnień i pochlebnych komentarzy. Między cudzym, słabym contentem a Twoim contentem „zrobiłbym to lepiej” jest pewna różnica. Ten cudzy, słaby content po prostu istnieje.

7 dni

Próbowanie nowych rzeczy jest fantastyczne. Można odkryć w sobie pasję, która uśpiona była gdzieś głęboko, bo po prostu nikt nigdy nie próbował jej obudzić. Tak było ze mną i fotografią.

Tydzień to naprawdę niedługo. Nie wierze, że ktoś nie jest w stanie się spiąć i w tym czasie spróbować czegoś nowego. Nowa dieta, sport, zajęcia, sztuka, miejsca, ludzie, trasa do pracy?

Każdy z nas ma coś, co od dawna chciał zrobić. Coś co łazi nam po głowie od dłuższego czasu. Być może siedzą w nas ukryte talenty, pasje i zamiłowania. Trzeba dać im tylko trochę czasu. Ile dokładnie? No nie wiem. Na przykład – 7 dni. Na przykład dziś.

4 książki w miesiąc

Czas to jedyny zasób, którego nie da się odzyskać. Staram się więc wykorzystywać go najproduktywniej jak się da. Przy mojej słabości do prokrastynacji nie jest to wcale takie proste.

Dlatego szukam w dniu „dziur”, w które mógłbym upchnąć coś, na co o innej porze dnia nie miałbym czasu. Taką dziurą jest codzienny dojazd do biura. Jakieś 15 km w jedną stronę. Około 25 minut.

W dwie strony to już 50 minut. A to daje 4 godziny w tygodniu. Ale przecież nie dojeżdżam tylko do biura. W samochodzie spędzam około 10 godzin w tygodniu! Na szczęście znalazłem sposób jak te 10 godzin z bezmyślnego i zupełnie automatycznego wciskania pedałów i kręcenia kierownicą przekuć w produktywne zajęcie.

Czytaj dalej

Perfekcjonizm

Już w podstawówce rodzice zapisali mnie na kółko teatralne. To było prawie 20 lat temu. Razem z całą bandą dzieciaków występowałem nie tylko na scenach lokalnych domów kultury, ale i na deskach dużych teatrów.

Udało nam się nawet zdobyć główną nagrodę na Ogólnopolskim Forum Teatrów Dzieci i Młodzieży Szkolnej w Poznaniu. To był rok 2000. Tak cholernie dawno, że w internecie nie znalazłem na ten temat wzmianek.

Te kilka lat prób i spektakli zapamiętam jako jeden z najzabawniejszych okresów w moim życiu. Niewiele było później momentów, w których śmiałem się tak donośnie. Raz tylko ze śmiechu zwymiotowałem (true story).

W ciągu tych kilku lat zagraliśmy zaledwie kilka premier. Przygotowanie takiego występu trwało miesiącami. Wałkowaliśmy kwestie i interpretacje do upadłego. Całymi godzinami powtarzaliśmy fragmenty ale i całe spektakle.

Tuż przed każdą premierą wszystko dopięte było na ostatni guzik do tego stopnia, że właściwie każdy z nas mógł wyjść i zagrać cały spektakl w pojedynkę. Znaliśmy swoje kwestie nawzajem.

Nie mieliśmy niestety zajęć z improwizacji. Nawet krótkie etiudy przygotowywaliśmy przynajmniej przez kilkanaście minut.

Być może to wtedy właśnie zaraziłem się perfekcjonizmem. Być może wtedy nauczyłem się, że trzeba być perfekcyjnie przygotowanym nie tylko za siebie ale i za innych. Że wszystko musi być idealnie zgrane w czasie. I że każda pomyłka może oznaczać utratę szansy na Grand Prix w konkursie.

A może to wcale nie to. Może szlifowanie spektaklu do upadłego podobało mi się tak bardzo bo perfekcjonistą po prostu byłem od zawsze? Tak po prostu. To moje ustawienia domyślne.

Tak czy inaczej, perfekcjonizm pomógł ale i przeszkodził mi w życiu nie raz. Przez perfekcjonizm wielu fajnych rzeczy nie skończyłem. A nad wieloma innymi pracowałem po prostu za długo.

„Done is better than perfect” – mówią. I mają rację.

Opuść tę stronę

Jestem uczulony na głupotę. Skręca mnie na widok jej przejawów. Pewnie dlatego od kilku lat nie mam telewizora. Przed głupotą wylewającą się ze szklanego ekranu skutecznie się schowałem. Ale przed Facebookiem nie ucieknę. A to tam bardzo często można spotkać głupotę w najczystszej postaci.

Podziwiam tych, którzy potrafią obok najlepszych okazów po prostu przejść obojętnie. Ja nie potrafię. Opracowałem za to fantastyczną metodę radzenia sobie z tym.

Pod ociekającym głupotą wpisem piszę długi komentarz, pełen logicznych argumentów nieraz popartych linkami do badań. Obalam stanowisko autora absolutnie. To będzie bolesny knockout. I to w pierwszej rundzie. No, ale ktoś to musiał przecież zrobić.

A kiedy moja miażdżąca odpowiedź jest już gotowa, zamiast Entera wciskam F5. I klikam magiczny przycisk „Opuść tę stronę”.

Gorąco polecam.

Mądrzejsi

Jeden z największych błędów jakie popełniłem w swojej – nazwijmy to – karierze było poleganie na opinii mądrzejszych. Tych którzy, jak mi się wtedy wydawało, osiągnęli więcej ode mnie w dziedzinach, które mnie interesowały.

No bo jak tu nie stracić entuzjazmu, kiedy słyszysz od mądrzejszego, że to co robisz się nie uda. W ogóle nie ma najmniejszych szans powodzenia i tylko marnujesz czas.

Kilka lat po tym jak zrezygnowałem z pewnego projektu, uruchomił go ktoś inny. Ktoś, kto w dupie miał opinie autorytetów. Dziś podbija światowe rynki i zgarnia miliony w kolejnych rundach finansowania.

Nie mówię, że nie należy słuchać mądrzejszych od siebie. Należy, jak najbardziej. Trzeba tylko nauczyć się filtrować przekaz. Chłonąć wskazówki „co zrobić, żeby się udało”, a odrzucać wszystko co mówi „to się nie uda” – bo tego nie wiedzą nawet ci najmądrzejsi.

Czy gdybym tych kilka lat temu kontynuował, ów projekt by wypalił? Nie wiem. I to jest, cholera, chyba jeszcze gorsze, niż gdyby faktycznie mi się nie udało.

Papier nie wybacza

Jak wspaniałej aplikacji to-do bym nie używał, i tak zawsze kończy się tym, że zadania spisane mam gdzieś na kartkach porozwalanych luzem po całym biurze i domu.

I mogę sobie słajpować po ekranie telefonu w lewo i w prawo dodając, edytując, tagując i zagnieżdżając kolejne taski. A i tak w końcu sięgnę do tylnej kieszeni spodni po ten zmięty paragon, na którym wczoraj rano zapisałem co mam zrobić dziś popołudniu.

Znudziło mi się zapisywanie wszystkiego na wszystkim. Dwa tygodnie temu drogą kupna nabyłem porządny notatnik. Papierowy. Moleskine. Apple wśród notatników. Najdroższy zeszyt w moim życiu (dokładnie ten z obrazka powyżej). Efekt?

Po pierwsze – od dwóch tygodni paragony wolne są od moich zapisków. Po drugie – od dwóch tygodni najdłuższa obsuwa z taskiem wynosiła jeden dzień. Wiecie dlaczego?

Bo papier – owszem – przyjmie wszystko. Ale skubany, nie wybacza. Nieodhaczone zadania zostają. One tam są. Wiemy o nich i ja i notatnik. Nie da się ich przełożyć. Nie „zniknę” ich jednym ruchem palca udając, że nic się nie stało.

Jedynym sposobem na pozbycie się zadania z papierowego notatnika jest… wykonanie go. I to działa.

Trzydzieści

W 2005 roku po raz pierwszy pojawiłem się na wyższej uczelni celem podjęcia próby rozpoczęcia, a nawet ukończenia studiów. Ludzie, którzy właśnie odbierali dyplomy wyglądali w moich oczach jak tłum zagubionych staruszków.

Mieli po dwadzieścia pięć lat. Według świeżo upieczonego dwudziestolatka to starość tak zaawansowana, że właściwie pozostało im już tylko spisać testament, pożegnać się z rodziną i zacząć rozglądać się za dobrym rabatem na trumnę.

Jak bardzo się myliłem dotarło do mnie dopiero pięć lat później kiedy sam dostałem świstek ze swoim nazwiskiem, przed którym stały trzy niewiele znaczące litery „mgr”.

Opuszczając mury uczelni po raz ostatni, czułem na sobie ciepłe, pełne współczucia i troski spojrzenia dwudziestolatków. Któryś z nich chyba nawet próbował pomóc mi tego dnia przejść przez jezdnię. Pomocy nie odmówiłem.

Wczoraj skończyłem trzydzieści lat. To jest zupełnie nowy poziom starości. Starość w wersji Ultimate. Ale zamiast czuć, że coś się tego dnia skończyło, czuję, że coś dopiero się zaczyna. Dziś przez jezdnię przeszedłem zupełnie sam. Chyba jeszcze pożyję.

Dobry nawyk

Według badań wyrobienie nawyku trwa od 18 do 254 dni. Jak oporną jednostką bym nie był, w rok jestem w stanie wyrobić sobie właściwie każdy nawyk. Staram się jednak skupiać na tych dobrych.

Jednym z tych lepszych jest pisanie. Pisać lubiłem od zawsze. Są tacy, którzy twierdzą, że robię to całkiem nieźle. Próbowałem wielokrotnie, z różnym skutkiem. Nigdy nie pisałem często.

Od jakiegoś czasu jednak potrzeba pisania wzbiera we mnie wyjątkowo mocno. Dwa miesiące temu Jacek Kłosiński zaczął prowadzić dziennik. Codziennie, na prostej stronie publikuje krótkie przemyślenia. Da się? Pewnie. Jacek nie był pierwszym, który na to wpadł, nie jest też ostatnim. Dlaczego więc nie pójść tą samą drogą. Jeśli kopiować, to najlepszych.

Dlatego właśnie czytasz pierwszy wpis na drodze do, miejmy nadzieję, 365 krótkich przemyśleń przeplatanych dłuższymi tekstami oznaczonymi 500+. Dlaczego zacząłem akurat 17 lipca? O tym jutro.

Nie potrzebujesz lustrzanki 500+

Sobota, późne popołudnie. Wpadłem właśnie do sklepu z elektroniką w jednej z galerii po jakiś kabel, kartę pamięci albo inną pierdołę, którą za połowę ceny mógłbym dostać w internecie.

Kable i karty pamięci są niebezpiecznie zlokalizowane tuż obok alejki z aparatami. Chcąc nie chcąc zboczyłem więc nieco z kursu i postanowiłem zajrzeć i tam. To był akurat okres, kiedy szukałem dla siebie jakiegoś aparatu kompaktowego. Wahałem się między RX100IV a G7X. Na półce znalazłem tylko RX100 trzeciej generacji. Pomyślałem, że może obsługa schowała gdzieś najnowszy model. Postanowiłem zapytać. Facet ze stoiska fotograficznego zajęty był właśnie czarowaniem rodziny 2+1.

Nie chce, żeby opis zabrzmiał niestosownie ale to była stereotypowa polska rodzina. Pokaźnych rozmiarów pan z dość obfitym wąsem, w kracianej wymiętej koszuli, pod którą na 100% kryła się pożółkła żonobijka. U jego boku niewiele mniejsza rozmiarowo żona, również z delikatnym wąsem. A po środku dziecko w wieku okołogimnazjalnym.

Czytaj dalej

Co dał mi projekt 365 500+

Ciężko w to uwierzyć, ale zbliżam się powoli do okrągłego tysiąca zdjęć robionych i publikowanych dzień po dniu. 1000 dni. 1000 zdjęć.

Zanim opowiem Wam o tym co dał mi projekt 365 i czego się dzięki niemu nauczyłem chciałbym nadmienić, że próbowałem znaleźć minusy tego przedsięwzięcia. Naprawdę bardzo, bardzo się starałem. I w końcu znalazłem, ale o tym wspomnę na samym końcu tego tekstu.

Pisałem już o tym, że projekt 365 przyniósł mi korzyści czysto finansowe i doprowadził do rozwoju dwóch biznesów. Pisałem też o tym, że wystrzelił mnie bardzo daleko ze strefy komfortu.
Poniższe przemyślenia będą bardziej osobiste. Opowiem Wam jak projekt 365 wpłynął na moje zwykłe, prywatne życie.

Czytaj dalej

Gdzie szukać szablonów WordPress? 500+

Takie pytanie dostaję średnio raz na tydzień. Myślę, że czas wreszcie zrobić listę stron, na których znaleźć można porządne i sprawdzone szablony na bloga. Znam takich stron co najmniej kilka.

Głównie dlatego, że wygląd bloga zmieniam częściej niż pojawiają się na nim nowe artykuły. Od ostatniego wpisu szablon zmieniłem dwa razy. Takie niewinne uzależnienie.

Zanim przejdę do listy, zaznaczam, że szukając szablonów WordPress’a skupiam się głównie na tych płatnych. To jednak nie zmienia faktu, że poniżej znajdziecie również kilka darmowych. Dlaczego głównie płatne? Dlatego, że sam projektuję i sprzedaję szablony i wiem, że przygotowanie dobrego szablonu musi kosztować.

Czytaj dalej